Wiosna przyniosła mi potrzebę zmian. Na każdym kroku trafiam na część mojego życia która potrzebuje tuningu. Na pierwszym miejscu praca. Tu liczę na zwrot o 180 stopni. Na razie idzie mi to opornie (na wysłane 20 CV dostałam odpowiedź na jedno...) ale z każdym dniem jestem coraz mocniej dobijana moją obecną pracą, co jest równe coraz większej motywacji. Przez chwilę nawet przemknęła mi myśl, żeby rzucić tą obecną i w ten sposób zmusić się do aktywniejszego (i skuteczniejszego) poszukiwania nowej. Niestety, jestem za mało odważna i mam zbyt puste konto. Ale obiecuje, jeszcze trochę i tak to się skończy. W akcie desperacji zaczęłam dziś odpowiadać na oferty bezpłatnych staży w redakcji- lepsze to niż udawanie automatu...
Czuję w sobie przypływ sił. Wyszło słońce, znów mogę bez trudu wstawać o 6. Znów mam chęci do działania. Mam sto pomysłów na to jak zmienić swoje życie na lepsze. Zaczynam od zwiedzania. Przeraziła mnie myśl, że ostatnią podróżą jaką odbyłam był weekend w Białymstoku. W sierpniu na dodatek. A żeby słowa zamienić w czyny wybłagałam kilka dni urlopu na marzec i jadę. Nawet sama.
Zakochałam się ostatnio we fragmencie "Buszu" Ryszarda Kapuścińskiego. Jak tylko nachodzi mnie myśl, że może nie opłaca mi się nic zmieniać czytam go na nowo:
"Nie wolno wrastać w tkankę żadnego kolektywu, dawać się oplątać siecią zależności, w której zaczyna się pokornieć i sądzić, że tak już musi pozostać. Wcale nie musi! Przecież ktoś mówił, że sto kilometrów dalej jest lepiej. Lepiej? To trzeba tam iść! Co się traci? Tego burkliwego szefa, kąt w hoteliku? Co można zyskać? Przecież wszystko!"
Życzcie mi, żebym była na tyle odważna, by się do tego stosować....